poniedziałek, 2 maja 2016

Baśnie Tysiąca i Jednej Dobrej Zmiany cz.VIII - Janosikowe

   Miało być tak pięknie, a obecnie mamy kiepsko zarabiających sprzedawców w marketach i całą rzeszę zacnych urzędników z gwarancjami zatrudnienia i wysokimi uposażeniami. 
- Co tu robić - zastanawiają się rodzice - Jak najlepiej zabezpieczyć przyszłość naszych dzieci? 
- Rozwiązanie jest proste. Nasze dzieci muszą być urzędnikami, bo mają oni gwarancję zatrudnienia - myśli większość.
   Na zamieniające się zapotrzebowanie ze strony mieszkańców reaguje lokalna szkoła. Rodzice posyłają więc dzieci do klas o kierunku, "pracownik administracji publicznej", bo dlaczego ich dzieci mają harować za 1100 - 1200 zł w markecie, skoro mogą dostać 1600 - 1700 zł w Urzędzie na początek? Na rynek trafia coraz więcej ludzi z wykształceniem urzędniczym, jednak nasz poczciwy i szlachetny Burmistrz nie jest w stanie zatrudnić wszystkich. Rodzina i znajomi mają pierwszeństwo, co jest słuszną koncepcją, ponieważ trzeba mieć do współpracowników zaufanie. Niestety okazuje się, iż pan Burmistrz ma kłopot, ponieważ zaczyna brakować pieniędzy na potrzeby wciąż rosnącego korpusu dzielnych urzędników. "Wielcy inwestorzy" zagraniczni korzystając z pomocy prawników, unikają opodatkowania a lokalni, pasożytniczy kapitaliści ledwo wiążą koniec z końcem - co jest sprawiedliwe za te wszystkie niegodziwości jakich się dopuszczali - i również nie płacą dużych podatków. 
   Pan Burmistrz postanawia więc wypróbować sprawdzone "źródełko". Udaje się na spotkanie z Rycerskim Posłem. Poseł konsultuje się z kolegami z partii i ku jego zaskoczeniu, część kolegów nie ma tego typu problemów w okręgach wyborczych. Okazało się, iż na terenach gdzie ludziom się powodzi jest przemysł (prywatny lub państwowy), albo są to duże aglomeracje, które siłą rzeczy przyciągają inwestorów. Nasz Rycerski Poseł poczuł się jak ubogi krewny swoich kolegów. Narastała w nim złość i poczucie misji, które kazało mu zrobić coś dla tych biednych ludzi z regionu. Oczywiście, skromnie myślał też o swojej reelekcji, ale to przecież naturalne u bezinteresownych i zatroskanych polityków.
- Przecież nie może być tak, iż w jednym regionie kraju ludzie żyją dostatnio, a w drugim na granicy ubóstwa - myślał  Poseł 
- Jesteśmy jednym narodem i musimy być dumni , solidarni, dzielić się ......... - i nagle wpadła mu do głowy myśl. Skrzyknął szybciorem kolegów Posłów i wyłuszczył im swój pomysł.
- Żaden obywatel tego kraju nie może wykorzystywać innego i nie może być tak, że akurat urodzenie i pochodzenie ma decydować o naszym statusie materialnym. Nie może być tak, że ktoś urodzony i mieszkający w stolycy lub na Ślunsku będzie miał dużo, bo przypadkowo te regiony posiadają bogactwa naturalne lub dobre położenie geograficzne. Natomiast ktoś urodzony na Zapupiu Wielkim, za względu na to ,iż mieszka tam gdzie mieszka ma przymierać głodem. Musimy wyrównać tę niesprawiedliwość i opodatkować regiony bogate na rzecz biednych, aby w tych drugich powstawały zakłady pracy i infrastruktura."
   Przy takiej retoryce Rycerskiego Posła, za ustawą byli nawet posłowie z regionów bogatszych. 
- Przecież trza się dzielić z narodem a sowjego to nie oddajemy, nie? - myśleli całkiem słusznie i przezornie. 
   W miasteczku znów zapanowało poruszenie, bo rząd na mocy ustawy przegłosowanej przez posłów z Okrągłego Koryta, zobowiązał się do zainwestowania w takie niezbędne lokalnej społeczności rzeczy jak aquapark, bungapark i stadnina kuców-buców. We wszystkich tych przybytkach zatrudnienie znajdą oczywiście "lokalsi", dobierani przez naszego niezłomnego i najuczciwszego z uczciwych pana Burmistrza. Dobór odbędzie się oczywiście według znanego i sprawdzonego klucza. 
   Byli jednak mieszkańcy miasteczka, którzy z pewnym dystansem obserwowali całe zamieszanie. To lokalni staruszkowie, którzy kręcili głowami i pytali się nawzajem, jak to się stało, że kiedyś, ktoś kto miał fach w ręku i był piekarzem, stolarzem, tynkarzem, rzeźnikiem, lekarzem był zamożny. Teraz wystarczyło mieć "dobre" pochodzenie - najlepiej z rodziny urzędniczej - lub znajomości i już można było mieć furę, skórę i komórę.

niedziela, 1 maja 2016

Baśnie Tysiąca i Jednej Dobrej Zmiany cz.VII - Kapitał zagraniczny

   A co się dzieje z pozostałymi bohaterami naszej opowieści? Warzywniaków i innych małych sklepików już w większości nie ma. Mamy za to wesołą gromadkę bezrobotnych i niezły regiment dzielnych urzędników. 
   Burmistrz, który w międzyczasie został wybrany ponownie na stanowisko, znów zaczął być molestowany przez mieszkańców miasteczka. 
- Nie mamy za co żyć, więc może znów trzeba zwrócić się do Rycerskiego Posła, aby temu zaradził? - domagali się bezrobotni mieszkańcy.
Urzędnik zrobił więc to co dotychczas, czyli uderzył do Posła w audiencję. Razem stwierdzili, iż sytuacja jest beznadziejna i próbowali znaleźć rozwiązanie. 
   W regionie nie było już większego lokalnego kapitalisty, który mógłby stworzyć miejsca pracy dla tak dużej liczby osób. Wpadli zatem na pomysł, iż skoro brak jest inwestora lokalnego to może ściągnąć takowego spoza regionu lub nawet z zagranicy. 
- Wydrukuje się trochę folderów, polobbuje się w Wielkiej Unii, pofejsujemy, polajkujemy, poblogujemy i ściągniemy jakiego kapitalistę - ustalili.
Aby przyciągnąć większego "frajera", niestety trzeba było wymyślić jakąś zachętę. Burmistrz wpadł na pomysł, iż nowy (tfu!) kapitalista powinien otrzymać zwolnienie z podatków lokalnych lub grunt pod inwestycję za darmo.
   Oferta poszła w świat, a ponieważ lokalna społeczność umiała jedynie konsumować i sprzedawać, zgłosili się dwaj inwestorzy w postaci dużych zagranicznych sieci handlowych. "Sieciówki" zaoferowały wybudowanie dwóch supermarketów i zatrudnienie w nich przynajmniej 2/3 bezrobotnych. 
   Burmistrz wraz ze swoją świtą powitał inwestorów chlebem i solą. To było zbawienie dla lokalnej społeczności! Pojawiły się zatem place budów i praca. Na razie niewielu "lokalsów" pracowało, bo większość to sprzedawcy a nie budowlańcy. Koniec budowy zaczęły sygnalizować ogłoszenia w Urzędzie Pracy Czarnej i Białej o rozpoczętym naborze. Na początek wśród mieszkańców zapanowała mała konsternacja. Inwestorzy próbowali dostosować poziom cen do możliwości nabywczych lokalnej społeczności i by mieć niższe koszty robili nabór dużej liczby osób, ale na 1/2 lub 2/3 etatu. 
   No cóż, pracować trzeba, więc pomimo lekkiego niezadowolenia 70% bezrobotnych znalazło zatrudnienie. Pojawiły się pierwsze oznaki, iż mieszkańcy mają troszkę więcej pieniążków. Zwiększały się obroty - głównie w marketach - a ludzie znów zobaczyli światełko w tunelu i szansę na lepsze życie. Jednak po paru miesiącach, "Kapitalistyczni Zbawcy" z zagranicy okazali się gorsi niż lokalni wyzyskiwacze. Zostawili najlepszych pracowników i zmienili im umowy na 3/4 etatu, a reszta wylądowała znów na bezrobociu.
   

sobota, 30 kwietnia 2016

Baśnie Tysiąca i Jednej Dobrej Zmiany cz.VI - Biurokracja

   Najbardziej zadowolony z działań Rycerskiego Posła był wierny sługa ludu, pan Burmistrz. Mógł on, do Urzędu Pracy Czarnej i Białej zatrudnić najlepszych i najbardziej zaufanych specjalistów, którzy będą pilnowali przestrzegania prawa przez przebrzydłych kapitalistów.
   A więc do poprzednio zatrudnionego Szwagra po ogrodnictwie dołączyła ciotka Kunegunda, bo była strasznie skąpa i dodatkowo za młodu często biła Pana Burmistrza trzcinką po rękach jak coś przeskrobał.
- Taka osoba na pewno pomoże zdyscyplinować niepokornych - myślał słusznie pan Burmistrz.
 Dodatkowo zatrudnienie w Urzędzie Pracy Czarnej i Białej znaleźli syn i teściowa, ponieważ zaufanie do pracowników to podstawa jeśli chodzi o ściganie nieprawidłowości. W całej ekipie nie mogłoby zabraknąć kuzyna Włodka. Był on drwalem, niezbyt inteligentnym, ale dłonie miał jak bochny chleba, więc jeśli trzeba byłoby "ruszyć" w interwencję to był nieoceniony. Resztę zespołu dokoptowano na zasadzie przypadku.
- Ci zapluci, reakcyjni kapitaliści nie będą mogli zarzucić mi kumoterstwa czy nepotyzmu - cieszył się pan Burmistrz. Było on bardzo dumny z tego, iż znał takie mądre określenia kapitalistów, bo wyczytał je w jednej starej książce, a zawsze go uczono, że im coś jest starsze tym lepsze, więc jeśli książka miała 50 lat to pewnie zawierała same mądrości. 
   Nareszcie nadszedł czas zemsty na chciwych przedsiębiorcach. Jeden po drugim, poddawani kontroli, albo zamykali biznesy (dobrze im tak za ich skąpstwo), albo redukowali zatrudnienie. Pojawiła się nowa fala bezrobotnych, którzy byli niezmiernie wdzięczni władzy, iż wcześniej uchwaliła im zasiłki.
   I tak oto źli kapitaliści zostali spacyfikowani, lub bez szemrania płacili pracownikom ustawowe stawki. Co prawda w miasteczku zlikwidowano 70% firm, ale to były okrutne obozy pracy. Pozostałe 30% firm funkcjonowało na normalnych i właściwych zasadach rynkowych, zgodnie z konstytucyjną zasadą sprawiedliwości społecznej, bez wyzysku braci pracowniczej. Mieszkańcy nie byli co prawda zadowoleni z podwyżek cen jakie nastąpiły w wyniku zwiększenia obciążeń podatkowych i zmniejszenia konkurencji, ale przecież wszystko to było skutkiem opieki jaką otoczyło nad nimi kochane Państwo i powinni być za to wdzięczni.
   Drogie Dzieci i Dorośli, na pewno zastanawiacie co stało się z czarnym bohaterem opowieści czyli Panią Zosią. Ano doigrała się w końcu i sprawiedliwości stało się zadość. Została zmuszona do odprawienia pracownika zatrudnionego "na czarno" i otrzymała solidną karę pieniężną za popełnioną zbrodnię. Kara pieniężna i obciążenia podatkowe spowodowały, iż Pani Zosia musiała zamknąć swój przybytek wyzysku, co było niewątpliwą sprawiedliwością.
   Wróciła do swojego 35-cio metrowego pałacu, gdzie służba, czyli mąż, opiekowała się nią do końca życia (podobno symulowała zwyrodnienie kręgosłupa). Oczywiście paskudna kapitalistka, przed dokonaniem żywota nie zapomniała pobierać zasiłku dla bezrobotnych, co było z jej strony wyjątkową bezczelnością.  Przecież bogactwa jakie zgromadziła w wyniku wyzysku w postaci drewnianej boazerii z lat 80-tych XX wieku, kunsztownych kilimów z epoki gierka czy starych albumów ze zdjęciami stanowiącymi przeogromną wartość, w zupełności wystarczyłyby jej na dostatnie i spokojne życie. Po śmierci wyzyskiwaczki jej dzieci i mąż nadal żyły z tego majątku, zgromadzonego dzięki krzywdzie ludzkiej i już zawsze wcinali prawdziwe rarytasy w postaci szczawiu, brukwi i mirabelek.
   

piątek, 29 kwietnia 2016

Baśnie Tysiąca i Jednej Dobrej Zmiany cz.V - Płaca Minimalna

   Niezadowolona z takiego obrotu sprawy była dotychczasowa pracownica Pani Zosi. 
- Jak to, mi się obniża pensję, a przyjmuje się innego pracownika na lewo? - zżymała się - Przecież to niesprawiedliwe, bo znaczy że z moich utraconych pieniędzy paskudna ropucha finansuje sobie nowych pracowników. Niech ze swoich daje a nie z moich!
   U innych pracodawców również panowała podobna sytuacja, więc uaktywnili się "dzielni partyzanci" wśród bezrobotnych. Nie przymierali głodem, bo mieli ochronkę od krewnych, ale byli bardzo chętni do niesienia bratniej pomocy. Uruchomili smartfony i broń obosieczną w postaci hejtów. W miasteczku znów narastał niepokój.
   A tymczasem w regionie zbliżały się wybory do Okrągłego Koryta. Rycerski Poseł pojawił się na spotkaniu wyborczym w miasteczku, na którym uprzejmi i zatroskani mieszkańcy poinformowali go o strasznym, nowym zjawisku, pracy "na czarno". 
- Ta sprawa nie mogła wydarzyć się w gorszym momencie - pomyślał Poseł. Musiał rozwiązać tą kwestię, bo nie uśmiechała mu się utrata wygodnego zydla przy Okrągłym Korycie. W tempie błyskawicznym, ulegając niestety szubrawemu prawu popytu i podaży, zareagował na skargi mieszkańców i zwołał brać rycerską z klubu poselskiego. Opracował z nimi kolejną chwalebną i niezmiernie potrzebną ustawę.
- W naszym kraju, każdy zasługuje na godziwą płacę - grzmiał na forum Okrągłego Koryta, Rycerski Poseł -, dlatego mocą ustawy powołujemy Powszechny Urząd Płac Alternatywnych, który ustali do jakiej płacy minimalnej w tym kraju powinien mieć prawo każdy obywatel. Ustalona kwota będzie minimum, jakie przedsiębiorcy muszą wypłacać swoim pracownikom. Dodatkowo, aby zapobiec zatrudnianiu "na czarno", lokalni włodarze mają powołać Urzędy Pracy Czarnej i Białej, które będą kontrolowały zatrudnianie i w których będą mogli rejestrować się bezrobotni. Wszelkie zatrudnianie"na czarno" będzie surowo karane!
   Były owacje na stojąco i gratulacje. Oczywiście, tylko z powodu wrodzonego taktu, oraz aby nie jątrzyć w społeczeństwie, Rycerski Poseł nie wspomniał o tym, iż wydatki na dodatkowe urzędy zostaną sfinansowane przez podniesienie podatku "od głowy" każdego zatrudnionego. Ta informacja mogła wywołać falę niezadowolenia wśród ohydnych kapitalistów i spowodować jakieś protesty, czy tym podobne rzeczy. Należało zatem, co jest chwalebne, ukryć ją jak najdłużej a przynajmniej do wyborów. 
   W naszym miasteczku, nowa ustawa wywołała kolejną falę zadowolenia. Cieszyli się zatrudnieni, którym ustawowo podniesiono płacę minimalną do 1 300 zł. Cieszyli się również bezrobotni...... Chociaż nie. Jakoś wśród bezrobotnych, szczególnie tych najbiedniejszych panowało rozczarowanie. No, ale przecież oni też byli współwinni razem z kapitalistami, bo pracowali u nich "na czarno". Nie doceniali faktu, że kiedyś wykorzystywano ich i płacono 800 czy 1 000 zł a teraz mogli śmiało szukać pracy i nikt nie mógł im zapłacić mniej niż 1 300 zł na rękę. 
- No tak, mieć 1000 zł a nie mieć 1300 zł to jednak różnica - myśleli bezrobotni.
Jednak takie myślenie było niewłaściwe i na pewno spowodowane uzależnieniem tych biedniejszych bezrobotnych od pracy. Kapitaliści po prostu zdeprawowali ich i przeciągnęli na swoją stronę.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Baśnie Tysiąca i Jednej Dobrej Zmiany cz.IV - Interwencjonizm

   Pan Burmistrz był niezwykle kompetentnym jegomościem, który został wybrany na to stanowisko między innymi dlatego, iż w młodości połknął kij od szczotki, dzięki czemu mógł przez 8 godzin ciurkiem, siedzieć wyprostowany za biurkiem.
  Z powagą godną piastowanego urzędu wysłuchał delegacji zmartwionych kobiet, a ponieważ nie był być może lotnego umysłu to wiedział jednak, że co dwie głowy to nie jedna. Poprosił zatem o radę Rycerskiego Posła z regionu. Wspólnie doszli do wniosku, iż Pani Basia często jest bezrobotna nie dlatego, że często zwalnia się z pracy aby przypilnować syna czy też nie dlatego, że pijany mąż często odwiedza ją w miejscu pracy awanturując się przy tym. Winien był przede wszystkim pracodawca, ohydny burżuj, który nie potrafił zrozumieć  sytuacji biednej kobiety i nie pomógł jej. A skoro nie chciał pomóc, trzeba go do tego zmusić.
   Rycerski Poseł wraz ze swoimi rycerskim kolegami z klubu przy Okrągłym Korycie uchwalił zatem, iż każda niepracująca osoba powyżej 18 roku życia powinna otrzymywać 700 zł bezzwrotnej zapomogi przez okres 6 miesięcy, a ponieważ źródłem wszelkich plag i głodu jest kapitalizm, zapłacą za to kapitaliści w postaci podatku po 500 zł na głowę, każdego zatrudnionego przez nich pracownika. Oczywiście aby dopilnować poboru, dobrotliwy Burmistrz zatrudnił - bardzo słusznie zresztą - zaufaną osobę, w postaci szwagra po ogrodnictwie, do liczenia wpływających podatków.
   W miasteczku wybuchła euforia. 
- Wreszcie będzie można wyzwolić się spod jarzma kapitalistycznego ucisku - myśleli nisko wynagradzani pracownicy i poczęli przechodzić na zasiłek. Dobrotliwi "partyzanci", w postaci bezrobotnych ukrywających się do tej pory za smartfonami, rozpoczęli akcję fejsbukowo-tłitową wychwalającą mądrych i przezornych urzędników.
   Na wszystkie te wydarzenia zareagowali - z czystęj żądzy zemsty - paskudni przedsiębiorcy z miasteczka. Zwolnili część pracowników aby uniknąć sprawiedliwego podatku. Nie inaczej postąpiła Pani Zosia, która zdążyła wrócić z niezasłużonego odpoczynku. Zwolniła zatem pracownicę z najkrótszym stażem, obniżyła pensję drugiej pracownicy a sama stanęła za ladą.
- Co za chytra raszpla - oburzała się pracownica Pani Zosi - chce się dorobić na cudzym nieszczęściu. Żeby jej w gardle stanęły pieniążki jakie mi zabrała z pensji.
   Przez pół roku w miasteczku trwała sielanka. Kapitaliści zarabiali, ale już nie tyle - co było ze wszechmiar sprawiedliwe - , a bezrobotni na zasiłkach cieszyli się wolnością od ucisku. Jednak chciwi burżuje, uzurpatorzy wiedzieli, że przyjdzie ich czas zemsty.
   Nadeszła zatem chwila, kiedy bezrobotnym zaczęło kończyć się prawo do zasiłku. Okrutni wyzyskiwacze nie chcieli ich zatrudniać, nie przez podatek przecież, a z czystej zemsty. W regionie zaczęło robić się biednie. Mieszkańcy miasteczka mieli mniej pieniędzy a dodatkowo ceny zaczęły rosnąć (kolejna sztuczka biznesmenów). 
   Część bezrobotnych aby po prostu przeżyć musiała niestety pracować. I tak jeden z nich trafił po prośbie do warzywniaka Pani Zosi. Ta, jako rasowa wyzyskiwaczka zaoferowała mu zatrudnienie, ale "na czarno" i za 700 zł. Była to próba ominięcia sprawiedliwego przecież podatku!
- Pewnie potrzebuje pieniędzy na opłacenie służby w swoim pałacu - zżymał się bezrobotny, ale rad nie rad przyjął ofertę Pani Zosi (jeść przecież trzeba).

środa, 27 kwietnia 2016

Baśnie Tysiąca i Jednej Dobrej Zmiany cz.III - Bezrobocie

Po upływie pół roku coś zaczęło się zmieniać. W miasteczku brakowało już nisko wykwalifikowanej siły roboczej bądź absolwentów, do wykorzystania przez przebrzydłych kapitalistów pokroju Pani Zosi czy Pana Bronka. 
   Oczywiście, kochane Dzieci bezrobocie nie zniknęło. Po prostu niektórzy bezrobotni zostali wyposażeni przez swoich zapobiegliwych i opiekuńczych krewnych w narzędzia, służące obronie przed kapitalistycznymi oprawcami. Najczęściej było to pokaźne kieszonkowe oraz smartfon z facebook'iem, które to narzędzia skutecznie pomagały im bronić się przed wyzyskiem ze strony wszelkiej maści dorobkiewiczów.
   Jednak brak taniej siły roboczej nie powstrzymał ohydnych biznesmenów przed kolejnym niecnym planem. Ich kolejnym fortelem było podniesienie płac pracownikom, których najbardziej cenili. Zrobili to oczywiście - jak słusznie podejrzewano - z niskich pobudek aby Ci biedni i uciskani ludzie nie uciekli z ich kołchozów pracy.
   Pracownica Pani Zosi nie zarabiała już 1 000 zł a 1 500 zł na rękę, jednak nadal była czujna, bo starsza pani mogła już obmyślać następny straszliwy plan wyzysku, co mógł sugerować rosnący na plecach Pani Zosi garb. Oczywiście, pracownica miała rację ponieważ Pani Zosia doszła - całkowicie bezpodstawnie zresztą - do wniosku, iż po dwudziestu paru latach pracy ma problemy z kręgosłupem  i musi wybrać się do Ciechocinka w celu podreperowania zdrowia. Nie mogła zamknąć warzywniaka na czas pobytu w sanatorium, bo który kapitalista zrezygnowałby z ograbiania biednych (już nie tak bardzo) obywateli miasteczka. Wdrożyła zatem szatański plan stworzenia swoistego "samograja". Podniosła pensję dotychczasowej pracownicy do 2 000 zł i zatrudniła kolejną  za 1 300 zł miesięcznie. Spakowała się i na dwa miesiące pojechała do uzdrowiska wiedząc, iż tak zmotywowana czyli zniewolona załoga dopilnuje jej interesów.
   Tak to niestety w bajkach bywa kochane Dzieci, iż sprawy lubią się komplikować. Wśród szlachetnych bezrobotnych, skutecznie unikających zatrudnienia za pomocą kieszonkowego i smartfona znajdowała się "czarna owca". Była to Pani Basia, która pracowała tylko dorywczo ponieważ jej mąż nadużywał alkoholu i nie pomagał jej w zajmowaniu się synkiem Jasiem. Jasio uczęszczał do szkoły i jego koledzy i koleżanki zauważyli, iż chodzi w podartych trampkach i czasami zdarza się, że patrzy jak jedzą inne dzieci sam nic nie pałaszując. Informacja o tym rozeszła się lotem błyskawicy.
- Coś z tym trzeba zrobić! - biadoliły na zebraniu klasowym mamy kolegów i koleżanek z klasy Jasia.
- A może - powiedziała nieśmiało Pani Marysia, jedna z mam - porozmawiać z Panią Basią. Któraś z nas zaprosi ją na kawę. Dowiemy się jak możemy jej pomóc i w razie czego, dopóki sytuacja Pani Basi się nie poprawi, ufundujemy Jasiowi śniadania w szkole i nową parę butów. Będzie to nas kosztowało powiedzmy 2 zł miesięcznie ale chyba warto dać z dobroci serca niewielki grosz......
   Jednak nikt nie słuchał Pani Marysi, która prowadziła punkt krawiecki i jako obrzydliwa kapitalistka nie powinna mieć przecież nawet prawa głosu.
- Niech się ta biznesłumen lepiej nie odzywa. Jak jest taka mądra to niech ze swojego daje - myślały pozostałe mamy,
- A jak nas spotka to samo co Panią Basię, to mamy się prosić o jałmużnę od takiej Marysi? Niedoczekanie!
   Zatem szlachetne i zapobiegliwe niewiasty postanowiły zwrócić się do wyższej instancji i wybrały się z prośbą o rozwiązanie problemu Pani Basi do Burmistrza miasteczka.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Baśnie Tysiąca i Jednej Dobrej Zmiany cz.II - Konkurencja

   Sytuacja w warzywniaku Pani Zosi przypominała obóz pracy. Trzeba było sprzedawać i sprzątać z przerwami przez 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu. Mordęga! 
   Dodatkowo Pani Zosia uświadomiła sobie, iż ma monopol w miasteczku na sprzedaż warzyw. Postanowiła zatem - w celu całkowitego wydojenia mieszkańców z kasy - nie obniżać cen a nawet je podnieść.
   Chytry plan Pani Zosi pokrzyżował jednak inny czarny charakter tej opowieści, demoniczy burżuj, Pan Bronek. Był on spokojnym, dorywczo pracującym człowiekiem. Często widywał Panią Zosię w drodze do pracy więc kiedy po 3 miesiącach od okrągło-korytowej hucpy zauważył, jak nasza kapitalistka podjeżdża pod warzywniak nowym, 25-cio letnim BMW był w szoku. On zawsze marzył o takim samochodzie! 
   Myślał o tym kilka dni. W zakamarkach jego świadomości zaczął kiełkować i rozwijać się ..... POMYSŁ NA BIZNES! To znów dawał znać o sobie ten okropny, zaraźliwy zarazek przedsiębiorczości. Pan Bronek - jak w amoku - pożyczył od szwagra furgon, pojechał do znajomego rolnika pod miasto, podkupił zieleniny i sprzedał na lokalnym targowisku. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę ponieważ przy cenach niższych niż w warzywniaku Pani Zosi zarobił w miesiąc 5 000 zł.
- Ohydny konkurent - zżymała się Pani Zosia i rad nie rad musiała obniżyć ceny, co i tak było dla niej niezłym interesem ponieważ w wyniku obniżki cen zwiększył się obrót.
   Pan Bronek woził warzywa na targ przez dwa miesiące. Dorobił się wymarzonego BMW 325 z dwudziestoletnim stażem ale jego żona była niezadowolona i ciągle ciosała mu kołki na głowie:
- Nigdy nie ma Cię w domu! Dzieci za Tobą płaczą! Nawet obiadu w weekendy nie jesz z rodziną! - narzekała. 
   Wola żony rzecz święta, więc aby w domu mieć spokój Pan Bronek obmyślił chytry plan, godny zepsutego kapitalisty. Zatrudnił mianowicie za 1 300 zł miesięcznie pomocnika, który rano dowoził od rolnika produkty a w weekendy zastępował go na targowisku. Był to straszny wyzysk!
   Coraz więcej osób, obserwując poczynania Pani Zosi i Pana Bronka łapało wirusa przedsiębiorczości. Zaraza szerzyła się na całe miasteczko. Powstawały różnego rodzaju sklepiki czy lokale usługowe. Ich właściciele zatrudniali oczywiście, za marne 1 000 zł miesięcznie, osoby bezrobotne i wykorzystywali je do cna. Wszystko szło po myśli tych bezwzględnych kapitalistów. Coraz więcej osób pracowało. Zwiększały się wydatki mieszkańców więc pomimo konkurencji i spadających cen, biznesy rozwijały się. 
   Mieszkańcy zauważyli, iż za te same pieniążki mogą kupić coraz więcej produktów, jednak byli czujni. Podejrzewali, iż kryje się za tym kolejny podstęp kapitalistycznych warchołów. Co prawda pracownicy dostawali od tych wyzyskiwaczy płatne nadgodziny, wolne w razie potrzeby czy darmowe kursy np. z obsługi kasy fiskalnej, jednak nadal była to ciężka harówka po 8 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu.